Tai Ki Kung maestro Ming Wong CY

TAI CHI i CHI KUNG
STYL CHANG SAN FENG

   wersja do druku 
Strona glówna » Zajęcia Tai Chi, ćwiczenia Tai Chi i Chi Kung » Obozy Tai Chi i Chi Kung » Wspomnienia uczestników, literatura humorystyczna » Jacek Sypniewski,  Żegary sierpień 2008 
Jeżeli chcesz otrzymywać informacje o zajęciach i szkoleniach zdrowotnych, podaj swój email:

Ile to jest?
Osiemdziesiąt + 2

Publikujemy opowiadania ironiczno-prześmiewcze pisarza i  podróżnika Jacka Sypniewskiego, autora książek o  Mongolii.

Jacek napisał między innymi książki:

Mongolia konie i  grube ryby
Mongolia tam i  z powrotem
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Opowiadania ironiczno-prześmiewcze

I

Enn wyjechał na obóz gimnastyczny. Postanowił ćwiczyć Tai Chi. W  TV oglądał ludzi ćwiczących w  Chinach i  bardzo to mu się spodobało; spokojne ruchy, relaks, brak wysiłku – to było coś, czego potrzebował Enn.
Kiedy przyjechał, Mistrz, który była kobietą, popatrzyła na niego krytycznie.
- Swoją praktykę rozpoczniesz od zmiany myślenia. Jesteś zbyt sztywny, myślisz schematycznie.
- Jestem gotów. – Powiedział z  entuzjazmem Enn. _ Od czego mam zacząć?
- Będziesz chodził tyłem. Na początek spacer przez wieś.
- Tyłem?
- Tyłem.
Enn chyba nie był gotowy żeby ćwiczyć Tai Chi. Natychmiast popędził żeby zamówić taksówkę, która zawiezie go z  powrotem do domu.


II

Po kilkugodzinnej, bezskutecznej walce z  telefonem Enn postanowił pozostać na obozie. Przynajmniej zgłębi tajemnice tej łagodnej sztuki. Nie było to łatwe, ponieważ nie był w  stanie zapamiętać jak wyglądają ruchy, ani sekwencji, w  jakiej występują. Po kilku dniach zwierzył się Mistrzowi, że nie jest w  stanie niczego zapamiętać. Dodał, że jeśli dalej tak będzie, to będzie musiał się zastanowić nad sensem ćwiczenia Tai Chi. Myślał, że to spowoduje, że Mistrz otoczy go szczególną opieką…
Mistrz popatrzyła na niego, (ponieważ Mistrz była kobietą), i  przez chwile milczała.
- Potrzebujesz poznać i  ćwiczyć formę Złotego Koguta. Ćwiczą ją wszyscy, którzy mają za mało cierpliwości, żeby nauczyć się formy podstawowej.
- Świetnie Mistrzu, czuję, że to forma dla mnie. A  kiedy mi ją pokażesz?
- Jutro przyjdź do mnie przed pobudką. Dokładnie dwie minuty.
Enn chodził podekscytowany całą resztę dnia. Aby się nie spóźnić nastawił budzik o  pół godziny wcześniej. Obudził się godzinę wcześniej i  czekał z  niecierpliwością na właściwą porę. W  końcu poszedł do Mistrza.
- Jesteś. - skwitowała Mistrz, która już na niego czekała. Stanęli na środku placu ćwiczeń. – Rób to co ja. Pokażę ci tę formę trzy razy, później będziesz powtarzał ją sam.
Mistrz stanęła na jednej nodze. Enn zrobił to samo. Mistrz zatrzepotała rękami i  zapiała jak kogut. Trzy razy. Zaciekawione głowy zaczęły się pojawiać w  oknach i  oglądać, kto ich budzi udając koguta. Wtedy Mistrz powiedziała do Enn: Teraz ty.


III

Enn korzystał z  każdej okazji, aby nauczyć się czegoś nowego, dlatego nie opuszczał warsztatów masażu stóp. Na pierwszych zajęciach musiał być modelem. To znaczy był masowany. Trochę się zasępił, bo nie umył stóp, ale trudno. Kobieta, która ćwiczyła masowanie zaczęła od posmarowania mu stopy olejkiem.
- Czuję się jak Chrystus w  Kanie Galilejskiej… chciał być dowcipny.
- Tam nie smarowali olejkiem tylko pili wino – mruknęła kobieta. - A  ty nie oczekuj za wiele, były tam też łzy i  wycieranie stóp włosami… Widzisz, że ścięłam je na jeża.
Enn nic nie powiedział tylko poczerwieniał i  zamknął oczy. Masaż był bardzo przyjemny, ale w  pewnym momencie palący i  świdrujący kości do wnętrza piszczeli ból przeszył mu stopę i  powędrował do pachwiny. Enn wydał z  siebie wizg i  zgiął się w  pasie. Jego stopa tkwiła w  zębach masażystki, która metodycznie zaciskała zęby na kolejnych fragmentach stopy, tak jakby ją obgryzała. Zauważyła jaki to efekt wywarło na Enn.
- Czego? Zęby są silniejsze i  bardziej precyzyjne niż palce. A  ty patrz, bo jutro będziesz mi robił to samo…



IV

Enn nigdy się nie spodziewał, że robienie masażu to taka ciężka praca. Co prawda nie robił tego zębami (chociaż palce bolały go tak, że chętnie by sobie pomógł, gdyby tylko nie dał sobie słowa, że wytrzyma), ale samo ściskanie stóp, uciskanie specjalnych punktów, masowanie, krążenie, klepanie i  głaskanie spowodowało, że Enn wstał po masażu wiotki jak pusty worek. Co innego kiedy był masowany – leżał wtedy i  odpływał – zwłaszcza kiedy głaskano mu stopy po miejscach gdzie nie było ważnych punktów. Co prawda od czasu do czasu masażysta natrafiał na jakieś wrażliwe miejsce, którego naciśnięcie, którego naciśniecie miało efekt podobny do trafienia przez zapaloną strzałę. Ale poza tym masaż był wspaniały. Enn chętnie pozostałby przy pozycji pomocnika i  dawał się masować codziennie, niestety Mistrz bardzo poważnie traktowała deklaracje z  pierwszego dnia obozu.


V

Enn zdecydował się na masaż stóp u  Mistrza. Trochę się bał, ale postanowienie, to postanowienie: umył stopu i  poszedł.
Masaż zaczął się jak zawsze – lekka rozgrzewka, głaskanie. Enn zamknął oczy. Na początku było bardzo przyjemnie, ale Mistrz wyjaśniła, że to dlatego, że masuje mu „nic”. To znaczy nic. Nic ważnego. Nic jest przyjemne. Potem Mistrz zaczęła masaż wstępny i  wtedy przyjemne było przeplatane bólem. Kiedy jednak Mistrz zabrała się za ważne punkty na stopie – wtedy ból był przeplatany z  poczuciem martwoty. To znaczy bolało, ale jakby za szybą. Oznaczało to, że w  tych miejscach organizm utworzył ochronną poduszkę ze śmieci, aby nie bolało i  aby problem mógł się dalej nawarstwiać… A  razem z  bólem Enn czuł w  ciele jakieś… napompowanie, poczucie szczególnej subtelnej siły, czuł się mocny i  luźny jednocześnie. Przy tym bardzo bolała go ręka w  przegubie.
- To energia. Boli dlatego, że masz zegarek na ręku – powiedziała Mistrz.
- Zwykły kwarcowy zegarek może tak wpłynąć na energię?
- To też energia. Płynie inaczej i  zaburza obieg twojej Chi
Enn zdjął zegarek i  odsunął go daleko od siebie. Od tej pory z  lękiem patrzy w  tamtą stronę.


VI

Enn wyjechał do pobliskiego miasteczka żeby kupić trochę rzeczy. A  konkretnie butelkę wódki. Poprzedniego wieczoru było mnóstwo śmiechu, więc wypadało to jakoś uczcić. Padło na Enn. Nie zastanawiając się długo postanowił porzucić próby bycia osobą z  wysokiego rejestru kultury i  zamiast wina pojechał kupić wódkę. Mniej wożenia, mniej kłopotu.
Enn dołączył się do koleżanki, która robiła zakupy do kuchni.
Pożyczyli rowery i  pojechali. Na szczęście miasteczko nie było daleko, więc Enn wytrzymał zabójczy wysiłek dotrzymania kroku koleżance. Szybko kupił ogromną flaszkę wódki (bo to dla wielu osób) i  soki do drinków.
Wracając koleżanka stanęła przy sklepie gospodarstwa domowego.
- Chcę jeszcze kupić dwa kije do grabi. – powiedziała.
- Kije do grabi?
- Tak. Chcę poćwiczyć z  kijem.
- Ale z  dwoma?
- Przecież nie będę sama ćwiczyć… - koleżanka z  politowaniem popatrzyła na Enn.
Kupili zatem kije. Dwa metry każdy. Enna zastanawiał się, jak je zabiorą jadąc na rowerach.
- Będziemy je trzymać w  ręku, jak włócznie?
- Nie. – Dziewczyna była przygotowana na wszystko. Wyciągnęła papierowa taśmę malarską i  kazała Enn przestawić rower.
- Ale dlaczego przyklejasz te kije do mojego roweru?
- A co? Widzisz, że ja mam rower z  damską ramą. Wygodnie przyczepić kije można tylko do ramy twojego roweru.
Z powrotem Enn wracał obładowany sokiem, chlebami, no i  oczywiście wódką wystającą mu z  plecaka. No i  miał dwa dwumetrowe kije do grabi, które wystawały z  obu końców roweru, jak śmiercionośne narzędzie służące do zgarniania trawy wiezione przez Sancho Pansę.


VII

Mistrz opowiadała przypowieść, którą usłyszała od swojego Mistrza: Dawno temu Żółta Rzeka bardzo często wylewała i  uprzykrzała życie mieszkańcom. Zbudowano co prawda tamę na rzece, ale była ona tak niska, że woda często przelewała się górą, zwłaszcza po wiosennym i  zimowym przyborze wód. Cesarz chciał zapobiec zniszczeniom i  wciąż podwyższał tamę. Ale i  tak zdarzały się lata, w  których poziom wód przewyższał zaporę i  woda przelewała się niszcząc wsie i  miasta. Kiedy cesarz umierał, polecił swojemu synowi dbanie o  tamę i  troskę o  ludzi mieszkających na zalewanych polach. Syn cesarza miał jednak zupełnie inny pomysł na to, jak należy postępować z  Rzeką. Poprosił boginię, do której zawsze udawał się po pomoc, aby pomogła mu zniszczyć tamę i  uwolnić Rzekę. Bogini przysłała mu olbrzyma i  siedmiu karłów. Olbrzym stanął na górze koło tamy i  olbrzymim toporem uderzał w  mur, aż rozrąbał go do samego dna. Ślady olbrzyma można zobaczyć do dziś.
- Wydawałoby się, że to koniec, - powiedziała Mistrz. Ale Marian, jako osoba przytomna, zapytał Mistrza; po co tam było siedmiu karłów? Mistrz chwilę pomyślał i  powiedział: To nie ma znaczenia.
Enn mądrze pokiwał głową, ale w  nocy zastanowił się nad tym pytaniem: Po co olbrzymowi towarzystwo siedmiu karłów? Skoro bogini wysłała ich razem, to znaczy, że byli mu potrzebni. Kto wie – może bez karłów olbrzym nie mógłby dokonać wcale swojego dzieła? Olbrzym nie może sam dokonać olbrzymiego dzieła, dzieło giganta wymaga pomocy karłów. Być może też opowieść pokazała Enn, że nie ma łatwych spraw do rozwiązania. Gdyby olbrzym przybył sam- to oznaczałoby, że wykonanie zadania zależy tylko od wielkości. Każdy może to zrobić, jeśli tylko ma do tego siły. Ale okazuje się, że nic z  tego – największy olbrzym potrzebuje karłów (stratedzy amerykańscy boleśnie się o  tym teraz przekonują w  Iranie i  Afganistanie, że brak poparcia małych lokalnych plemion więcej ich kosztuje, niż tylko dumę ze zniżania się do negocjowania z  plemiennymi watażkami).
Enn pomyślał sobie, że fajnie byłoby być olbrzymem i  dokonywać wielkich dzieł. Ale nie ma jednak takiego dzieła, które można wykonać bez pomocy. Karły są tak samo niezbędne dla istnienia świata, jak „olbrzymowie”, dlatego kiedy obudzisz się kiedyś olbrzymem – pamiętaj, że zanim zabierzesz się do działa – rozejrzyj się i  zaopiekuj karłami, którzy są koło ciebie, bo bez nich możesz doznać porażki.


VIII

Enn zgłosił się do grupy przygotowującej ciasteczka na popołudniową wycieczkę całej grupy. Kiedy wszyscy stawili się w  komplecie – z  chusteczkami na włosach, kucharz-alchemik poprosił o  chwilkę medytacji.
Enn popatrzył na górę mąki wysypanej na stolnicy i  przypomniał sobie widok łanów dojrzewającego zboża, wśród których ćwiczyli tego dnia. Zboże. Każdy kłos musiał zostać ścięty, wysuszony i  obity, tak by ziarno odeszło od swojego miejsca, w  którym dorastało. Potem kilkukrotnie mieszane i  suszone, zmiażdżone we młynie i  starte na proch. Potrząsane i  przesiewane, zalewane przez wodę, ugniatane i  pieczone na ogniu. Dopiero wtedy spełni się cel istnienia zboża, – do którego rosło i  dojrzewało przez tyle miesięcy. Stanie się chlebem albo ciastkiem.
Potem Enn zabrał się do pracy. Śpiewał razem z  innymi, ale z  takim zapałem, że Mistrz przyszła i  nakazała ciszę. Pracowali dalej w  milczeniu. Ostatni poszli spać po północy.

IX

Enn zdał sobie sprawę, że nie umie przegrywać. Ledwie przytrafi mu się coś przykrego, jakieś chwilowe niepowodzenie w  czymkolwiek – natychmiast albo wścieka się oskarżając wszystkich wokoło, albo wpada w  przygnębienie. Cały czas rozmyśla o  tym co się stało, jak mogło do tego dojść i  czego nie zrobił, albo co zrobił czego nie powinien robić. Enn nie umie zachować równowagi i  ciągle stara się o  to, by zwyciężać. Chce odnosić sukces za sukcesem. Można powiedzieć, że jest uzależniony od sukcesów. Ciągle chce być lepszy od innych, bo to wprawia go w  dobry nastrój. A  dobry nastrój to podstawa.
Problem w  tym, że Enn nie umie także, tak naprawdę, raz na zawsze wygrać.

X

W czasie obiadu Enn siedział prze stole z  bardzo rozmowną Rabarbarą i  milczącym Przemyślidem. Taki zestaw ułatwiał organizację czasu – Przemyślid milczał, Enn słuchał a  Rabarbara opowiadała. Ale kiedyś spóźniła się na posiłek. Enn zwrócił się do sąsiada z  uwagą na temat nieobecności Rabarbary. Ten spojrzał na Enn niespiesznie, przeżuwał chwilę, po czym skinął głową i  wrócił do jedzenia.
Enn poczuł się przez chwilę głupio, ale trudno mu było się wycofać z  sytuacji, którą sam sprowokował, więc kontynuował. Przede wszystkim zapytał wprost, dlaczego kolega jest taki milczący w  czasie jedzenia?
Przemyślid znów spojrzał na Enn, zastanowił się głęboko, po czym wzruszył ramionami i  powiedział: „Bo nie lubię mówić”.
- A powiedz mi czemu tak dokładnie wszystko żujesz? Enn nie dawał za wygraną. _ Widzę, że żujesz, a  bardzo mało jesz…
- To prawda, zgodził się Przemyślid, - mało jem. Ale to mi wystarcza. I  chciał powrócić do jedzenia
- Ale dlaczego tak dokładnie to żujesz? Enn nie dawał za wygraną.
- Staram się przed połknięciem przeżuć pokarm przynajmniej po trzydzieści razy. A  najchętniej to sześćdziesiąt!
- I co?
- I wtedy jest dobrze. Powiedział to z  taką mocą, że Enn uwierzył i  też zaczął dokładnie i  długo żuć. I  efektem było to, że zjadł tego dnia o  połowę mniej. Jakoś wytrzymał do obiadu, ale już nie ryzykował długiego żucia.